29
stycznia
2012
Wspomnienia Taty, Romualda Zabłockiego.
Wspomnienia Taty, Romualda Zabłockiego.
Rodzice nawrócili się w okresie 20- lecia międzywojennego. Mama pochodziła z terenów koło Kazimierza nad Wisłą, a tato był z rodziny polaków którzy wyjechali do Rosji, a następnie po rewolucji powrócili na kresy na dzisiejszej Ukrainie koło miejscowości Włodzimierz Wołyński. Rodzice poznali się na Wołyniu i tam też słyszeli pierwsze świadectwa od miejscowych wierzących (od Polaków i Ukraińców – ewangelicznych chrześcijan). Mieszkali wtedy w miejscowości Stepan nad rzeką Horyń, nawrócili się w tym samym czasie, a było to już po ślubie, ale jeszcze przed urodzeniem się dzieci. Także dzieci urodziły się już po nawróceniu rodziców. Rodzice chodzili do zboru w tej miejscowości tj Stepan, był tam duży zbór zielonoświątkowy (na tamtych terenach zielonoświątkowcy nazywani byli piedziesiatnikami). Był to taki zbór międzynarodowy, byli w nim i Polacy i Ukraińcy. Natomiast w samym zborze, na nabożeństwach śpiewano w trzech językach polskim, ukraińskim i rosyjskim. Jeśli chodzi o kazania to większość mężczyzn była tam kaznodziejami więc nie było tam określonych ram czasowych. Chrzty odbywały się w rzece Horyń. W zborze było kilkaset osób. Rodzice właśnie tam się nawrócili i ochrzcili. Następnie przeprowadziliśmy się do Włodzimierza Wołyńskiego. We Włodzimierzu był zbór nie pamiętam, albo baptyści albo ewangeliczni chrześcijanie. Pastorem tego zboru był jeśli dobrze pamiętam Rosjanin. To był taki zbór bardziej wielkomiejski z inteligencją chrześcijańską. Oprócz tego rodzice chodzili na nabożeństwa do okolicznych zborów zielonoświątkowych, gdzie w większości byli Ukraińcy. W tym czasie mój tata chodził po okolicznych zborach jako ewangelista. Mniej więcej w tamtym czasie zaczęła się okupacja radziecka, ale nie pamiętam jakichś szczególnych prześladowań, natomiast 2 lata później, jak wiemy z historii, rozpoczęła się z kolei okupacja niemiecka. I wtedy zaczęły się pogromy Polaków urządzane przez Ukraińców. Mordowano polaków nie zależnie czy byli wierzący czy nie, ale mordowano również ukraińskich wierzących, którzy nie chcieli wstępować do nacjonalistycznych bojówek ukraińskich czy też wydawać polaków. Pamiętam też jak mama opowiadała, jak była któregoś razu u wierzących Ukraińców w domu, kiedy przyszli nacjonaliści, ale pan Bóg ochronił i ją i tą ukraińską rodzinę. Ja pamiętam widoki płonących całych polskich wiosek, a moi bracia widzieli pomordowanych (mi nie pozwalano, bo byłem za mały). I wtedy tato postanowił, że trzeba stamtąd uciekać. I wyjechaliśmy całą rodziną na mazury. Najpierw znaleźliśmy się w miejscowości Działdowo i tam spotkaliśmy wierzących m.in. rodzinę Matwiejczuków i Wołkiewiczów. Spotykaliśmy się tam po domach. Tam również zastało nas zakończenie wojny. Stamtąd przeprowadziliśmy się do Zielonej Góry i tam spotykaliśmy się w kaplicy po Niemcach, tam gdzie teraz jest zbór. I tam też z Działdowa dojechali nasi znajomi z mazur, rodziny Matwiejczuków i Wołkiewiczów. Potem znowu przeprowadziliśmy się na mazury, tym razem do Pieniężna. W tym mieście nie było zboru, dlatego jeździliśmy do zborów do Olsztyna, Kętrzyna. Ja natomiast wyjechałem do Lidzbarka Warmińskiego do szkoły. W Lidzbarku Warmińskim był zbór baptystów, do którego chodziłem. Następnie rodzina przeprowadziła się do Ostródy i tam był zbór ZKE do którego chodziliśmy. A z Ostródy poszedłem do wojska do Wałcza. Tam miałem bardzo trudny czas i poważnie zachorowałem. Gdy miałem wracać po chorobie znowu do służby, tak czuję i wierzę, dzięki modlitwom mamy, ochroniła mnie Boża łaska, udało mi się i zostałem przeniesiony do jednostki w Drawnie. Wtedy zmarła moja mama. Po służbie wróciłem do Ostródy. W tym czasie w Ostródzie mieszkaliśmy tylko ja i tato oraz brat Daniel z żoną, bo pozostałe rodzeństwo już miało swoje rodziny i mieszkali w innych miastach. Mój brat Henryk mieszkał w Szczecinie i namówił mnie, żebym przyjechał do niego i tak znalazłem się w Szczecinie. Pierwszy zbór do którego trafiłem, to był zbór ZKE na ul. Stoisława. Zacząłem chodzić na młodzieżowe i zacząłem śpiewać w chórze pod dyrekcją brata Dziadkowca. W tym zborze poznałem moją żonę Janinę, przyjąłem chrzest, chrztu udzielał brat Rapanowicz. W zborze też miałem incydenty kaznodziejskie, ale nie było to moim powołaniem. W między czasie zbór dostał swój obiekt na ul. Wawrzyniaka. A następnie przeszliśmy do drugiego zboru na prawobrzeżu, gdzie byłem w radzie starszych. I w wieku lat 70 zakończyłem swoją pracę w radzie starszych.
Nawrócenie
Miałem to szczęście albo trudność, zależy jak na to spojrzeć, że urodziłem się w rodzinie wierzącej i od dzieciństwa wyrastałem w atmosferze modlitwy i wiary, mając przykład swoich rodziców. Mama odkąd pamiętam miała taki swój zarezerwowany czas na modlitwę, (również na językach) niezależnie od czasu i okoliczności. Było to dla mnie świadectwem i inspiracją, a w czasach kiedy człowiek chodził swoimi drogami było, w to nie wątpię ochrona i mobilizacja dla mnie by wracać do Boga. W związku z tymi wieloma przeprowadzkami (oprócz tych miejscowości o których mówiłem wcześniej mieszkaliśmy jeszcze co najmniej w kilku, sam już nie pamiętam ilu), gdzie nie zawsze był zbór, a szczególnie jak już wyjechałem do wojska, zapał osłabł, ale mama cały czas modliła się i wojowała w modlitwie o swoje dzieci. Po śmierci mamy, kiedy przyjechałem do Szczecina i kiedy zacząłem uczęszczać do zboru, postanowiłem już na poważnie potraktować moją wiarę, moje życie. I postanowiłem wziąć chrzest, to było jak już wspomniałem w zborze na Stoisława. Pamiętam też taką historie związaną z moim świadectwem, jak to jest w zwyczaju przed chrztem składa się świadectwo i kiedy zaczęła mnie już powoli zjadać trema, zostałem wybawiony przez brata Michalskiego, który powiedział – A on jest z rodziców wierzących, i nie musiałem składać świadectwa.
Pamiętam szczególnie właśnie ten czas modlitwy mojej mamy, pamiętam jak podczas jednej modlitwy powtarzała słowa „Tate” mówiła do Boga tato. Pamiętam jaką miała wiarę i zaufanie, wtedy gdy chodziła po wioskach w czasie pogromów na Wołyniu, kiedy nie bała się chodzić po nocy. Nie mam wątpliwości że to gdzie teraz jestem jest zasługą modlitw moich rodziców, a przede wszystkim mojej mamy, kobiety modlitwy, zaufania i wielkiej wiary. Takim fragmentem który ma dla mnie największe znaczenie to jest ten fragment, kiedy pan Jezus spojrzał na Piotra po jego wyparciu i nie powiedział ani słowa. To, że u Boga nikt nie jest przegrany, zawsze i dla każdego, jest łaska ku przebaczeniu.
Rodzice nawrócili się w okresie 20- lecia międzywojennego. Mama pochodziła z terenów koło Kazimierza nad Wisłą, a tato był z rodziny polaków którzy wyjechali do Rosji, a następnie po rewolucji powrócili na kresy na dzisiejszej Ukrainie koło miejscowości Włodzimierz Wołyński. Rodzice poznali się na Wołyniu i tam też słyszeli pierwsze świadectwa od miejscowych wierzących (od Polaków i Ukraińców – ewangelicznych chrześcijan). Mieszkali wtedy w miejscowości Stepan nad rzeką Horyń, nawrócili się w tym samym czasie, a było to już po ślubie, ale jeszcze przed urodzeniem się dzieci. Także dzieci urodziły się już po nawróceniu rodziców. Rodzice chodzili do zboru w tej miejscowości tj Stepan, był tam duży zbór zielonoświątkowy (na tamtych terenach zielonoświątkowcy nazywani byli piedziesiatnikami). Był to taki zbór międzynarodowy, byli w nim i Polacy i Ukraińcy. Natomiast w samym zborze, na nabożeństwach śpiewano w trzech językach polskim, ukraińskim i rosyjskim. Jeśli chodzi o kazania to większość mężczyzn była tam kaznodziejami więc nie było tam określonych ram czasowych. Chrzty odbywały się w rzece Horyń. W zborze było kilkaset osób. Rodzice właśnie tam się nawrócili i ochrzcili. Następnie przeprowadziliśmy się do Włodzimierza Wołyńskiego. We Włodzimierzu był zbór nie pamiętam, albo baptyści albo ewangeliczni chrześcijanie. Pastorem tego zboru był jeśli dobrze pamiętam Rosjanin. To był taki zbór bardziej wielkomiejski z inteligencją chrześcijańską. Oprócz tego rodzice chodzili na nabożeństwa do okolicznych zborów zielonoświątkowych, gdzie w większości byli Ukraińcy. W tym czasie mój tata chodził po okolicznych zborach jako ewangelista. Mniej więcej w tamtym czasie zaczęła się okupacja radziecka, ale nie pamiętam jakichś szczególnych prześladowań, natomiast 2 lata później, jak wiemy z historii, rozpoczęła się z kolei okupacja niemiecka. I wtedy zaczęły się pogromy Polaków urządzane przez Ukraińców. Mordowano polaków nie zależnie czy byli wierzący czy nie, ale mordowano również ukraińskich wierzących, którzy nie chcieli wstępować do nacjonalistycznych bojówek ukraińskich czy też wydawać polaków. Pamiętam też jak mama opowiadała, jak była któregoś razu u wierzących Ukraińców w domu, kiedy przyszli nacjonaliści, ale pan Bóg ochronił i ją i tą ukraińską rodzinę. Ja pamiętam widoki płonących całych polskich wiosek, a moi bracia widzieli pomordowanych (mi nie pozwalano, bo byłem za mały). I wtedy tato postanowił, że trzeba stamtąd uciekać. I wyjechaliśmy całą rodziną na mazury. Najpierw znaleźliśmy się w miejscowości Działdowo i tam spotkaliśmy wierzących m.in. rodzinę Matwiejczuków i Wołkiewiczów. Spotykaliśmy się tam po domach. Tam również zastało nas zakończenie wojny. Stamtąd przeprowadziliśmy się do Zielonej Góry i tam spotykaliśmy się w kaplicy po Niemcach, tam gdzie teraz jest zbór. I tam też z Działdowa dojechali nasi znajomi z mazur, rodziny Matwiejczuków i Wołkiewiczów. Potem znowu przeprowadziliśmy się na mazury, tym razem do Pieniężna. W tym mieście nie było zboru, dlatego jeździliśmy do zborów do Olsztyna, Kętrzyna. Ja natomiast wyjechałem do Lidzbarka Warmińskiego do szkoły. W Lidzbarku Warmińskim był zbór baptystów, do którego chodziłem. Następnie rodzina przeprowadziła się do Ostródy i tam był zbór ZKE do którego chodziliśmy. A z Ostródy poszedłem do wojska do Wałcza. Tam miałem bardzo trudny czas i poważnie zachorowałem. Gdy miałem wracać po chorobie znowu do służby, tak czuję i wierzę, dzięki modlitwom mamy, ochroniła mnie Boża łaska, udało mi się i zostałem przeniesiony do jednostki w Drawnie. Wtedy zmarła moja mama. Po służbie wróciłem do Ostródy. W tym czasie w Ostródzie mieszkaliśmy tylko ja i tato oraz brat Daniel z żoną, bo pozostałe rodzeństwo już miało swoje rodziny i mieszkali w innych miastach. Mój brat Henryk mieszkał w Szczecinie i namówił mnie, żebym przyjechał do niego i tak znalazłem się w Szczecinie. Pierwszy zbór do którego trafiłem, to był zbór ZKE na ul. Stoisława. Zacząłem chodzić na młodzieżowe i zacząłem śpiewać w chórze pod dyrekcją brata Dziadkowca. W tym zborze poznałem moją żonę Janinę, przyjąłem chrzest, chrztu udzielał brat Rapanowicz. W zborze też miałem incydenty kaznodziejskie, ale nie było to moim powołaniem. W między czasie zbór dostał swój obiekt na ul. Wawrzyniaka. A następnie przeszliśmy do drugiego zboru na prawobrzeżu, gdzie byłem w radzie starszych. I w wieku lat 70 zakończyłem swoją pracę w radzie starszych.
Nawrócenie
Miałem to szczęście albo trudność, zależy jak na to spojrzeć, że urodziłem się w rodzinie wierzącej i od dzieciństwa wyrastałem w atmosferze modlitwy i wiary, mając przykład swoich rodziców. Mama odkąd pamiętam miała taki swój zarezerwowany czas na modlitwę, (również na językach) niezależnie od czasu i okoliczności. Było to dla mnie świadectwem i inspiracją, a w czasach kiedy człowiek chodził swoimi drogami było, w to nie wątpię ochrona i mobilizacja dla mnie by wracać do Boga. W związku z tymi wieloma przeprowadzkami (oprócz tych miejscowości o których mówiłem wcześniej mieszkaliśmy jeszcze co najmniej w kilku, sam już nie pamiętam ilu), gdzie nie zawsze był zbór, a szczególnie jak już wyjechałem do wojska, zapał osłabł, ale mama cały czas modliła się i wojowała w modlitwie o swoje dzieci. Po śmierci mamy, kiedy przyjechałem do Szczecina i kiedy zacząłem uczęszczać do zboru, postanowiłem już na poważnie potraktować moją wiarę, moje życie. I postanowiłem wziąć chrzest, to było jak już wspomniałem w zborze na Stoisława. Pamiętam też taką historie związaną z moim świadectwem, jak to jest w zwyczaju przed chrztem składa się świadectwo i kiedy zaczęła mnie już powoli zjadać trema, zostałem wybawiony przez brata Michalskiego, który powiedział – A on jest z rodziców wierzących, i nie musiałem składać świadectwa.
Pamiętam szczególnie właśnie ten czas modlitwy mojej mamy, pamiętam jak podczas jednej modlitwy powtarzała słowa „Tate” mówiła do Boga tato. Pamiętam jaką miała wiarę i zaufanie, wtedy gdy chodziła po wioskach w czasie pogromów na Wołyniu, kiedy nie bała się chodzić po nocy. Nie mam wątpliwości że to gdzie teraz jestem jest zasługą modlitw moich rodziców, a przede wszystkim mojej mamy, kobiety modlitwy, zaufania i wielkiej wiary. Takim fragmentem który ma dla mnie największe znaczenie to jest ten fragment, kiedy pan Jezus spojrzał na Piotra po jego wyparciu i nie powiedział ani słowa. To, że u Boga nikt nie jest przegrany, zawsze i dla każdego, jest łaska ku przebaczeniu.
















