stomatolog i stomatologia w szczecinie stomatolog szczecin gabinet stomatologiczny w szczecinie  

wypożyczalnia samochodów wypożyczalnia samochodów szczecin samochody w szczecinie   


klimatyzacja w szczecinie klimatyzacja szczecin montaż klimatyzacji w szczecinie   

części do samochodów japońskich części samochodowe do japończyków części używane   

Drukuj
PDF
30
stycznia
2012

Wspomnienia Mamy Janiny Zabłockiej z domu Czajko.

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Wspomnienia Mamy Janiny Zabłockiej z domu Czajko.
Moi rodzice mieli małe gospodarstwo w Kuźmiczach koło Nowogródka na Kresach, które nie do końca zapewniało wszystko, to co było potrzebne do życia, dlatego też tato imał się różnych prac dodatkowych; był krawcem, szewcem, pomagał w budowlance, a że był zdolny to dodatkowej pracy nie brakowało.  A z nawróceniem rodziców, to było tak.

Tato chodził jak już wspomniałam dorabiać m. in. jako cieśla, a dokładnie mówiąc jako pilarz i pewnego razu wraz ze swym szwagrem wracali z takiej roboty. To mógł być początek lat 30 XX wieku. Tak jak wspomniałam, pewnego razu wracali z takiej roboty wraz ze szwagrem i dogonił ich jakichś człowiek i zagadał ich mówiąc Sława Bohu ( tym człowiekiem był Sergiusz Waszkiewicz). Mojego tatę to zaintrygowało, że obcy człowiek witając się mówi Sława Bohu, przecież takie słowa to mówi się tylko w kościele albo przy pacierzu. A brat Waszkiewicz zaczął im świadczyć i to był przełom oni obydwaj uwierzyli, nie pamiętam czy podczas tej drogi czy później. Podczas tej rozmowy powiedział im też, że w sąsiedniej wiosce spotykają się ludzie wierzący i zaprosił ich na spotkanie, na które poszli i tam już ugruntowali się w wierze. Mama nawróciła się trochę później, ale chrzest brali już razem. Później powstał również zbór w Kuźmiczach i to był kościół chrześcijan wiary ewangelicznej czyli zielonoświątkowcy.

 

 

Ja na początku nie chodziłam na nabożeństwa, bo w domu w tamtym czasie było zawsze jakieś małe dziecko i trzeba było zostawać do pomocy. Więc najpierw nie chodziłam do zboru, bo byłam za mała, a potem nie chodziłam bo byłam za duża i musiałam pomagać mamie przy dzieciach, a poza tym status kobiet w tamtym miejscu i czasach był bardziej zbliżony do islamu niż chrześcijaństwa, kobiety czy małe dziewczynki nie były za bardzo poważane, raczej były kimś w rodzaju służących. I pewnie dlatego doskonale pamiętam, jak kiedyś nie wiadomo z jakiej okazji, tato zabrał mnie do zboru, mogłam wtedy mieć kilka lat. Moi  bracia poszli wcześniej na szkółkę ze szwagrem taty, a ja pojechałam z tatą. I wtedy też pamiętam smutną chwilę, bo na tym nabożeństwie dowiedziałam się że zmarł mój dziadek, tato mojego taty. Wracając do zboru, to pamiętam, że był tam chór (brało się to z tradycji prawosławnej i dlatego do dzisiaj na wschodzie prawie w każdym zborze jest chór) pomimo ze nikt nie znał tam nut, sami samoucy. Pamiętam też modlitwę w zborze, bałam się żeby tato nie zauważył, ale nie mogłam się powstrzymać i przypatrywałam się, jak kobiety śpiewały na językach, jakiś mężczyzna modlił się i skakał na klęczkach, jedni płakali, inni śmiali się, było bardzo głośno, nikt nie był zgorszony, dzisiaj powiedzieli by że to jakieś zwiedzenie, ale tak było na wschodzie w początkach kościoła zielonoświątkowego w Polsce - prawdziwy kościół zielonoświątkowy nie tylko z nazwy. Zbór ten był placówką większego zboru i opiekunem tego zboru był na początku brat Waszkiewicz, a pastorem był brat Albin Szyntar, a tato był zastępcą. Pamiętam też modlitwy o chorych, pamiętam jedną sytuację, kopaliśmy ziemniaki razem z mamą i w pewnym momencie mama się obejrzała i zesztywniała (jakiś rodzaj paraliżu bo nie mogła ani poruszyć niczym ani mówić). Tata przyszedł, zaciągnął mamę do domu, a mnie wysłał do Piotra Szyntara, który uczył szkółki w zborze a on jeszcze posłał po kogoś i tak około 5 osób zebrało się u nas w domu i zaczęliśmy się modlić i podczas tej modlitwy wszystko wróciło do normy i mama została uzdrowiona. Pamiętam jeszcze jedna sytuację podczas tej modlitwy, był tam jeden „brat” który cały czas mówił, co wy tu robicie to trzeba do lekarza, ale chyba tata powiedział żeby nie dawał rad bo my tu z Bogiem rozmawiamy i jak ma cię Zły kusić, to lepiej idź do domu i on poszedł, ale co ciekawe nie obraził się tylko posłusznie odszedł, a pozostali dokończyli modlitwę o uzdrowienie i mama wieczorem pamiętam, ze już gotowała kolację. Jeszcze ciekawa historia związana z mobilizacją podczas wojny. Świadectwo Bożej opieki. Jedna historia, to tato opowiadal, że jak był w wojsku to poznał tam Żyda który zawsze jak zobaczył, że tato się martwi o pozostawioną w domu rodzinę, to go pocieszał: - Nie martw się tylko pomódl, tam z twoją rodziną jest opiekun wyższy od nas. A druga historia, to po zakończeniu działań przeciw armii czerwonej jak żołnierze się rozchodzili to dowódcy powiedzieli, że każdy może zabrać ze sobą konia na którym jeździł. I tak dostaliśmy konia, niestety niedługo się nim cieszyliśmy. Nie długo po tym przyjechał do wioski oficer na koniu uciekający przed bolszewikami i zarekwirował konia, ale zostawił swojego, dlatego ze był kulawy, konia tego podleczyliśmy i to był bardzo dobry oficerski koń, ale po jakimś czasie armia czerwona zaczęła okupować nasze tereny i kazali przyprowadzić wszystkie konie, żeby zapisać do ksiąg. Mama przeczuwała że konia zabiorą i prosiła żeby nie oddawać, ale tato rozumiał dosłownie jako obowiązek wierzącego posłuszeństwo wobec władz i dlatego zaprowadził konia, którego oczywiście bolszewicy ukradli. I takie to były czasy, co pan Bóg dał ludzie zabierali, ale cały czas mieliśmy zaufanie do Boga. W czasie tej zawieruchy wojennej został też spalony budynek zboru.

 

Pamiętam również inną historię, jak zabrano większość mężczyzn z wioski na roboty, to chyba już było za czasów niemieckiej okupacji i wywieziono wszystkich do takiego obozu przejściowego w Nowogródku. Ale było wiadomo ze można było za łapówki wykupić i uratować tych mężczyzn, a mama się dowiedziała że jednym z tych decydentów był jakiś daleki krewny , ale że nie było pieniędzy to mama zaniosła tzw. dobra (jajka mleko itp.), ale została wyrzucona przez niego, powiedział jej że on nie jest żaden dziad że tylko złoto go interesuje, i mama powoli traciła nadzieje na uratowanie taty, ale pan Bóg miał inne plany. Tam w tym obozie tato poznał pewnego człowieka któremu świadczył i on powiedział mu, że jego wykupili i że rano już go nie będzie. I rzeczywiście rano zniknął, a codziennie rano wyczytywano ludzi którzy mieli opuścić obóz (wykupionych przez rodziny), i tego ranka wyczytywano nazwiska „szczęśliwców” i w pewnym momencie czytają nazwisko tego człowieka który zniknął w nocy i ktoś stojący koło taty popycha go i mówi czemu się nie odzywasz przecież ciebie wyczytują i tato trochę wbrew sobie się zgłosił i go wypuścili i wrócił do domu. Pan Bóg uratował Go dzięki innym ludziom, chociaż w rodzinie zastanawiamy się czy te dwie osoby to czasem nie były anioły.

Autor: Administrator

DODAJ DO: 

Nabożeństwa w Zborze Betezda

Nabożeństwo główne
niedziela godz. 10.00
mapka
Aula w SP nr 37
ul. Rydla 6, Szczecin

Słowo Boże na dziś dla Ciebie

Licznik odwiedzin naszej strony

mod_vvisit_counterDziś109
mod_vvisit_counterTen tydzień109
mod_vvisit_counterTen miesiąc3320
mod_vvisit_counterWszystkie45819
Teraz: 4 gosci online
Twój IP: 38.107.179.244